Loading

Jak zacząć?

 

Czyli o tym, jak ruszyć się z kanapy i zacząć jakąkolwiek aktywność fizyczną

 

 Jeśli po spojrzeniu w lustro dochodzisz do wniosku, że Twoje rozmiary niebezpiecznie zbliżają się do jego ram, a słowa „sportowy” używasz w praktyce tylko zakładając nowe lanserskie New Balance (przy optymistycznym założeniu, że dajesz radę zawiązać sznurowadła), to czas najwyższy COŚ ze sobą zrobić.

Wiele osób nieraz pyta mnie: jak zacząć ćwiczyć, kiedy, jak wygospodarować lukę między odwiezieniem dziecka do przedszkola, pracą, zakupami, lekcją przesadzania fikusów czy kąpaniem świnki morskiej oraz innymi Strasznie Ważnymi Rzeczami, które wszyscy robimy na co dzień.

 

 

Odpowiedź jest prosta, acz złożona.

 Trzeba zrobić tak, aby porcja sportu, codziennej aktywności, stała się właśnie jedną z tych Strasznie Ważnych Rzeczy. Nie ostatnim punktem na liście „TO-DO”, ale jednym z podstawowych, i nie wypełniaczem pozostałych 5 minut wolnego czasu, ale pełnoprawnym, wielkim, szeroko i wygodnie rozpartym w Twoim życiu elementem codzienności. I tak, dokładnie tak, jak się obawiasz, oznacza to, że coś innego będzie musiało ze swojego miejsca wylecieć. Może nawet, niejako w pakiecie, wyleci też odrobina Twojego komfortu, a z pewnością snu. Sorry, taki mamy fit-klimat. Nie ma co dramatyzować, nie trzeba rzucać pracy czy narażać związku na rozpad. Nie każdy z nas będzie miał możliwości, nie mówiąc o chęciach, aby przygotować się do maratonu. Mówię o kilku godzinach tygodniowo spędzonych w ruchu, bezcennych z punktu widzenia zdrowia. Nawet jeśli za jednym podejściem wejdziesz na bieżnię na maksymalnie pół godziny, później zrobisz cztery różne ćwiczenia, a następnie rozciągniesz na macie, spędzisz w klubie fitness godzinę i będzie to fantastycznie wykorzystany czas. A resztę, a właściwie większość, Strasznie Ważnych Rzeczy i tak da się zrobić w połowie czasu jaki im zwykle poświęcamy.

 

No dobrze. Po kilku trudnych rozmowach z samym sobą i osiągnięciu mistrzostwa w zaginaniu czasoprzestrzeni – MAMY to. Wygospodarowany czas na sport. Czego tu jeszcze brakuje do zestawu? Co sprawi, że nie zniechęcimy się po kilku treningach? Innymi słowy – co stanie się dla nas najlepszą motywacją?

W teorii jest różnie. Jednemu pomoże kupno nowego, błyszczącego niczym lakier wypucowanego samochodu, stroju sportowego w zestawie z pulsometrem (taaak, gadżeciaże są wśród nas i chwała im). Innemu, czy innej, dopomoże wizja własnych pośladków, które w wyniku ćwiczeń zaczną jakby przeczyć prawom grawitacji i w zaskakująco nowy sposób wypełniać kształtem całkiem stare jeansy. Ktoś inny jeszcze sięgnie głębiej, do wymiaru metafizyki i odnajdzie w biegu, pocie i znoju utracone wcześniej ZEN. Wszystkie powyższe czynniki i na mnie, nie ukrywam, mają wpływ znaczący, ale w ostatecznym rozrachunku z dwóch zaledwie powodów wstaję o 5.45, by udać się na poranny trening.

Pierwszym jest to uczucie PO. Ta obezwładniająca radość i energia, dokładnie odwrotnie proporcjonalna w swej intensywności do stanu w momencie uaktywnienia się budzika. To poczucie satysfakcji, naładowania akumulatorów i rozkosznego bólu w mięśniach. Czasem nawet, w tych najlepszych dniach, zaczynam to czuć już w trakcie…W te dni, gdy jakimś cudem nogi nie plączą się w biegu, jakby było ich więcej niż dwie, gdy pot nie zalewa aż tak bardzo czoła a kettle nie wysuwa się z drżącej dłoni. W takie dni czuję radość już z samego faktu, że wstałam, dałam radę wyjść z domu, i co z tego że na autopilocie. Do wszystkich Was mówię, których motywują zadania i trudności – uwierzcie lub nie, ale polubicie to okupione bólem zwycięstwo, idę o zakład.

 

Drugi punkt na liście moich osobistych motywatorów wszech czasów zajmuje JEDZENIE. Ta świadomość, że mogę zjeść co chcę, a niewiele jest przyjemności tak dogłębnych jak pierwszy posiłek po treningu. Wygłodzony żołądek i wyssane z glikogenu mięśnie wołają jednym głosem za czymś sycącym, np. subtelną słodyczą bananów przełamaną kwaskowatością truskawek ułożonych warstwowo na spodzie z płatków owsianych, orzechów i daktyli ze szczyptą kakao, przykrytych zdecydowanie mniej subtelną, ale jakże obłędną i kremową tłustością mleczka kokosowego ubitego na sztywno – taaaak. Myślcie sobie co chcecie. Kocham jeść, kocham gotować, a kto mnie rozumie – ręka w górę. Od czasu, gdy odżywiam się wegańsko, dodatkowo pokochałam to uczucie, jakim odwdzięcza mi się moje ciało, kiedy karmię je nie tylko pysznie, ale zdrowo, i co nie mniej ważne – bez poczucia winy…

A zatem, ktoś jeszcze ma ochotę nastawić jutro budzik na 5.45?

  • vega

    Super artykuł, jakby skierowany do mnie 😀
    Ale jestem wegańskim pączusiem i to nie chodzi już o sam wygląd czy wage, bo niby jest…w normie i niby nikt nie widzi tych paru kg po słodkościach czy zalanych violifem daniach aleee widzą to moje spodnie,
    Widze ja,,,

    Ok, ćwiczenia, raz na ruski rok sie rusze, a potem boli mnie tak że muszę zrobić miesiąc przerwy bo sprawiam sobie kontuzje, jak żyć?
    Może nastepny artykuł będzie kolejną inspiracją i da wskazówki dla osób które nigdy nie ćwiczyły jakoś specjalnie? (całe życie zwolnienie z wf…)
    Albo o tym jak cieszyć się z minimalnych efektów? bo ja mam wrażenie jak robiłam wyzwania z koleżankami że u nich widać a u mnie nie 😀

    Ale dobra. Ten artykuł „zmusił” mnie do wyszukania ćwiczeń na dziś, Zobaczymy co z tego będzie 😀

    • Dominika Capała

      kolejne artykuły będą też dla tych, którzy nie widzą efektów, będą opisy nowych rodzajów treningów które działają cuda… pod warunkiem że się je robi 🙂 trzymam kciuki za to żebyś zaczęła, powodzenia! 🙂

X

Zapisz się do newslettera !

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 
Chrup, chrup. Uwielbiamy ciasteczka <3 na naszej stronie są używane pliki cookies :)