Loading

Przegląd nowoczesnych metod treningowych w praktyce

Przegląd nowoczesnych metod treningowych w praktyce – moje rekomendacje po wizytach we wrocławskich klubach.

Zgodnie z obietnicą postanowiłam przyjrzeć się ofercie wrocławskich klubów i siłowni, pod kątem ciekawych, nowatorskich zajęć grupowych.

Przegląd jest całkowicie subiektywny, a wyrażone opinie i oceny moje prywatne,  zatem wybaczcie jeśli wydadzą Wam się kontrowersyjne. Mam nadzieję jednak, że korzystnym efektem ubocznym będzie nakłonienie Was przynajmniej do  ich weryfikacji w praktyce, na własnej skórze.

Zaczynam od klubów w mojej najbliższej okolicy:

Jupiter, klub należący do sieci Fitness Academy, ul.Żegiestowska 11

Nowy, samodzielnie stojący budynek w bliskiej odległości od Lidla, przy skrzyżowaniu Borowskiej i Armii Krajowej.

Nieduży parking,  za płotem budowa, więc jest szansa że się powiększy. Niestety we wnętrzach też jeszcze plac budowy, nie działają prysznice ani sauna (stan na koniec listopada). Cały klub raczej niewielki, zajęcia odbywają się w ciasnych salach albo strefie funkcjonalnej siłowni. Byłam tam zarówno w tygodniu późnym popołudniem, jak i w weekend rano, kiedy każde praktycznie zajęcia cieszą się ogromna popularnością i ścisk na sali był ogromny. Mi to osobiście przeszkadza.

No dobrze, ale przejdźmy do meritum, zaczynam od podstaw, czyli zajęć Kalisteniki z panem Krystianem.

Opis zajęć na stronie klubu:

„Cel: zwiększenie siły i wytrzymałości mięśni przy zastosowaniu ćwiczeń wykonywanych na oporze własnego ciała. Trening ten daje szybkie efekty w postaci wyraźnego zarysu gorsetu mięśniowego. Dla kogo: dla osób nie bojących się wysiłku ale jednocześnie cieniących szybki progres w sile, wytrzymałości i okazałym wyglądzie mięśni. Ze względu na możliwość skalowania ćwiczeń, zajęcia dostępne również dla osób z niewielkim doświadczeniem treningowym.”

Sobotni poranek, w strefie funkcjonalnej siłowni (to takie miejsce wyłożone specjalnymi matami, gdzie stoi brama, leżą sztangi i wolne ciężary). Zbiera się nas ok. 12 osób, w tym 3 dziewczyny, z rozmów wnioskuję że nie tylko ja tu jestem początkująca, uff. Trener zaczyna od profesjonalnej rozgrzewki, jest intensywnie, zaczyna mi się robić gorąco. Co prawda nieco dekoncentruje mnie jeden z uczestników, kropka w kropkę sobowtór Matthew Broderick’a, (męża Sarah Jessica Parker, dla nie zorientowanych w Wielkim Świecie), ale nic nie daję po sobie poznać i wymachuję rękoma zgodnie z zaleceniami.

Po chwili robi się już intensywnie do kwadratu, gdy dostajemy na tablicy rozpiskę ile powtórzeń podciągnięć na drążku i pompek na przemian mamy robić. Zaczynam odczuwać lekki niepokój… na szczęście sympatyczny pan Krystian dla mnie i jeszcze jednej przedstawicielki „słabszej płci” pokazuje nieco lżejszy zestaw. Hmm.. lżejszy zestaw to tzw. podciąganie ekscentryczne, czyli szybki podskok z podciągnięciem się, a następnie powolne opadanie w dół i do tego seria pompek. I tak na przemian. Panowie robią klasyczne podciąganie nachwytem. Po 10 minutach przechodzimy do kolejnych serii nieco zmodyfikowanych ćwiczeń. Męska część zwiększa poziom trudności  trzymając ciężkie talerze między nogami przy podciągnięciach, albo kładąc je na plecach przy pompkach. Zaczynam im na serio współczuć, ale okazuje się, że nasza część to też nie przelewki. Nadal robimy podciągnięcia, do tego brzuszki robione w zwisie, pompki zwykłe i odwrotne przy ławeczce, po kolejnych 15 minutach ledwo czuję przedramiona i barki. A najlepsze okazuje się na deser… Krystian pokazuje nam początek klasycznej deski, z taką modyfikacją że druga osoba z pary bierze nasze nogi i podnosi je kilkukrotnie jak wahadło do kąta 45 stopnia, a później do pionu, tak, że kończymy stojąc na rękach. Wow… na koniec krótkie rozciąganie i można iść do szatni. Drżą mi ręce i ledwo trzymam butelkę z wodą, a dopiero za jakiś czas ma się okazać że prawdziwy ból moich mięśni to dopiero nadejdzie…

Podsumowując: moim zdaniem, wbrew temu co jest napisane w opisie zajęć nie jest to trening dla kogoś bez doświadczenia. Mimo, iż różne formy aktywności, w tym podnoszenie ciężarów nie są mi obce, to były naprawdę trudne i wymagające zajęcia.  Dodatkowo ode mnie mały minus za to, że praktycznie w ogóle nie zajęliśmy się dołem ciała czyli nogami, pośladkami itd.

Ponieważ jednak upór to moje drugie imię, parę dni po kalistenice postanowiłam wypróbować kolejne zajęcia w klubie Jupiter, trening funkcjonalny.

A tak oto prezentuje się opis zajęć na stronie:

Cel: zwiększenie wytrzymałości i elastyczności mięśni, poprawa kondycji oraz poprawa zdolności motorycznych, a wszystko to przy zastosowaniu ćwiczeń bazujących na ruchach naśladujących codzienne zachowania i czynności.

Dla kogo: dla wszystkich – Pań i Panów. Ze względu na wysoki poziom intensywności trening ten jest przeznaczony dla osób które już ćwiczyły.”

„Wysoki poziom intensywności’ – hmm, coś co Tygryski lubią najbardziej… zaczynamy!  Trener Michał na początek robi nam rozgrzewkę, nic skomplikowanego, kilka serii podskoków, pompek i tzw. burpees czyli ogólnorozwojowe ćwiczenie z serii „padnij-powstań”. Sobotnie popołudnie, jest nas raptem 3 osoby, ćwiczymy podobnie jak na kalistenice, w strefie funkcjonalnej siłowni. Po chwili dostajemy na tablicy rozpiskę 5 ćwiczeń, które będziemy robić po kolei, każde przez 45 sekund, następnie 10 sekund przerwy. Po zakończeniu cyklu powtórka …a potem jeszcze jedna. Ćwiczenia są proste, naprawdę podstawowe: przysiady, odwrócone pompki na stepie, klasyczne pompki, podciąganie nóg w zwisie na drążku, pajacyki i na końcu nieśmiertelne burpees (trenerzy najwyraźniej je kochają, ja zdecydowanie mniej…). Wszystko wydaje się proste, acz trzecią rundę kończę zlana potem. Burpees mocno się do tego przyczyniają niestety. Po skończonym obwodzie robimy jeszcze tzw. Tabatę na brzuch. Dla niewtajemniczonych:

 

Tabata to  „wysiłek trwający 20 sekund ponawiany 8-krotnie, z 10 sekundowym czasem odpoczynku pomiędzy powtórzeniami. Metodę takiego 4-minutowego treningu opracował w 1996 r. Japończyk, dr Izumi Tabata.” (cytat z www.fabrykasily.pl )

 

Na moim treningu wyglądało to tak, że przy wtórze głośnej, dopingującej muzyki lecącej z głośników robimy 8 serii ćwiczeń na brzuch, na początku z przenoszeniem kettleball na boki, a następnie 8 powtórzeń jednoczesnych uniesień nóg i rąk, w leżeniu na plecach. Inaczej mówiąc – KILLER i maskara, ale… w praktyce, okazało się to niezłą zabawą. A brzuch czułam jeszcze przez 3 dni!

Podsumowując: rewelacyjny trening! Śmiało polecam go dla wszystkich, którzy chcą poprawić swoją kondycję, a nawet schudnąć. Mięśni tu raczej nie wyrobimy, ale siłę i wytrzymałość na pewno. Ćwiczenia są proste, zrobi je każdy kto ma choć w mglistej pamięci lekcje WF. Polecam!

Zgodnie z moim planem niniejszy tekst rozpoczyna pewien cykl artykułów. Mam kolejne miejsca w głowie, ale zachęcam Was, Drodzy Czytelnicy do przysyłania propozycji  fitness klubów, siłowni a także konkretnych zajęć,  które chcielibyście abym odwiedziła i zrecenzowała dla Was. Na początek Wrocław, ale kto wie, może wyruszę także dalej w Polskę na gościnne występy!

 

 

X

Zapisz się do newslettera !

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 
Chrup, chrup. Uwielbiamy ciasteczka <3 na naszej stronie są używane pliki cookies :)