Loading

Seithan srejtan… To może soczewica?

 

O tyle, o ile zrobienie Pierwszych Wegańskich Zakupów zakończyło się w moim przypadku niewinną litanią do Sera Mlecznego Biedronkowego, tak dziewicza próba połączenia ich w logiczną całość zwaną obiadem była już kompletną, stuprocentową porażką. A zdecydowałam się – czy raczej zdecydowałyśmy, ja z moją partnerką (tak, partnerką, jak na true vegan przystało), na najzwyklejsze w świecie kotlety z soczewicy. No bo przecież nie będziemy zaczynać od jakiegoś cholernego seithanu na który nie dość, że nas nie stać, to nawet nie wiemy jak tę nazwę przeczytać. A więc mielone z soczewicy. Proste jak budowa cepa. Podobno.

Warto tutaj zaznaczyć, że miałyśmy z nimi do czynienia średnio co tydzień podczas naszego wegetariańskiego życia, które przed przejściem na weganizm trwało dość długo. A więc problem żaden: temat przejedzony do tego stopnia, że znany wręcz na pamięć. Jedyna różnica: zamienić jajka na siemię lniane, jak podpowiada Internet. WIELKA MI RZECZ. Na zdjęciach przy przepisach prezentują się identycznie jak nasze wegetariańskie, nie ma więc możliwości, żeby coś poszło nie tak. I nie szło. Do momentu dodania sławetnego wśród wegan siemienia.

Z każdym jednym przemieszaniem masa zamiast łączyć się, zamieniała się w jeden wielki, ciągnący glut, jak poczwórny ser na gorącej pizzy. Próba ulepienia z tego czegokolwiek, co chociaż w najmniejszym procencie przypominałoby kotleta, pulpeta albo cokolwiek tego rodzaju, dawała efekt raczej smutny: coś pomiędzy obwisłym pięćdziesięcioletnim cyckiem a katarem zebranym z całej jesieni i połączonym z mąką. Ok. Jest szansa, że coś zrobiłyśmy źle. Prawdopodobnie za dużo siemienia.

     Więc dorzuciłyśmy mąki, tak o, na logikę osób, które o gotowaniu mają pojęcie żadne (ziemniaki=mizeria, makaron=sos pomidorowy, i te sprawy), masa powinna się zagęścić i dzięki temu dać ulepić. Pierwsza porcja dała niewiele, no, może poza kilkoma grudkami. A więc pora na kolejną. I kolejną. I jeszcze więcej. Aż w końcu eureka! Działa. Mięciutkie, okrąglutkie – i nawet się nie rozpada! No, może trochę na patelni. Może i bardzo. Ale nie szkodzi. W ustach i tak się rozpadnie…

Jak się pewnie domyślacie, było przepyszne. Istne creme de la creme wśród  mielonych. Najprościej smak tego wspaniałego wytworu można by porównać do wypicia mąki wymieszanej z wodą. POLECAM. Jeśli natomiast chodzi o kwestie wizualne – po usmażeniu zabójczo wręcz podobne do tych, które zaprezentował nam przepis. Prawie że identycznie okrągłe i zbite. Prawie, bo równie dobrze mogłybyśmy wysypać sobie na talerz ugotowaną soczewicę, posypać ją mąką i przyprawami, a całość ozdobić śliną naszego beagla.

Jak na grzeczne, biedne weganki przystało, zjadłyśmy do końca. Przecież żadna nie powie, że niedobre. Że ten weganizm to jest totalnie do dupy. Że oczami wyobraźni jemy te z jajkiem, te dobre, te „normalne”. Prędzej czy później się przyzwyczaimy, no nie? Skoro weganie piszą, że z siemieniem kotlety są genialne – to są, koniec kropka. W imię kurek warto przecierpieć. Zawsze można jeść same ziemniaki…

Uwierzyłyśmy jednak w prawdziwość metody prób i błędów. Mniej siemienia, więcej mąki. Mniej mąki, więcej siemienia. Mniej siemienia, więcej wody. Zamiast soczewicy – kasza jaglana, gryczana, taka, sraka i owaka… I tak dalej, i tak dalej, a na końcu efekt zawsze taki sam – przeżuwane przy akompaniamencie tęsknego spojrzenia kierowanego w stronę jajek.

Przełom nastąpił w momencie, w którym przy kolejnym podejściu najzwyczajniej na świecie – po ugotowaniu soczewicy i przygotowaniu całej reszty składników – okazało się, że nie mamy w domu mąki. Na nasze, jak się okazało, szczęście mieszkamy na zadupiu, któremu spokojnie można by nadać nazwę Niebyt Wielki – jeden sklep w promieniu kilku kilometrów, czynny do godziny dwudziestej w typowe dni robocze, w soboty do trzynastej, a w niedzielę zamknięty. Padło na weekendowe popołudnie, bo jakżeby mogło być inaczej.

No cóż, jakoś trzeba sobie radzić. A czym może różnić się mąka od bułki tartej? To suche i to suche, to sypkie i to sypkie. I ta właśnie kulinarna niewiedza sprawiła, że nasz siemieniowy koszmar dobiegł końca, a wyjście okazało się rozbrajająco proste. Kilka garści bułki tartej na szklankę soczewicy/kaszy – i tyle. Nic poza tym. Klei się, nie jest mączne, nie rozwala na patelni, nie smakuje jak tygodniowa grypa. MATKO BOSKA WEGAŃSKA. Nareszcie.

I tak dziś, z czystym sumieniem mogę powiedzieć: jeśli lubisz się z siemieniem lnianym tak samo wcale jak my, po prostu zakończ ten związek i zastąp go najzwyklejszą bułką tartą. Ale nie wyrzucaj go ze swojej kuchni, to w końcu kopalnia zdrowia. Posyp nim kotlety z wierzchu. Ale nic poza tym. Tak będzie lepiej dla Twojego wegańskiego zdrowia psychicznego i pustego żołądka. Nie będę kłamać, że wygląda to pięknie, że założysz dzięki moim rozwiązaniom wegańskiego Instagrama i będziesz się ścigać z Jadłonomią  na kuszące podniebienie fotografie z hasztagiem foodporn, bo tak nie jest.

Ale właśnie na tym polega urok mojej kuchni. Brzydkie, ale dobre, jak mówi nazwa ciasteczek jednego z producentów. A ci, których jedzenie wygląda jak z obrazka oszukują. To pewnie zdjęcia prawdziwego mięsa. Na pewno. I koniec!

X

Zapisz się do newslettera !

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 
Chrup, chrup. Uwielbiamy ciasteczka <3 na naszej stronie są używane pliki cookies :)