Loading

Święta, święta – i po świętach…

Święta, święta – i po świętach…

To jedna z tych licznych Obowiązkowych Fraz, zaraz obok A ty kiedy znajdziesz męża/żonę?  i No tak to jest…, które słyszymy na każdej świątecznej kolacji w gronie rodzinnym i pewnie sami nieraz powtarzamy, gdy okres świąteczny, czyli Cudownego Leniuchowania i Obżarstwa, dobiega końca. Zamienia się powoli w Fajnie Było, Ale Pora Do Pracy, okraszone Wciąż Jestem Najedzony i Mam Lodówkę Pełną Pierogów i Bigosu. Choć nie jestem specjalnie wierząca, to jakie by te Święta nie były, lubię całą tę otoczkę; tłumy w sklepach,  kiczowate ozdoby na mieście, portfel z dnia na dzień coraz bardziej pusty, pastorałki w radio… A w tym roku, czułam Magię Świąt i przedświąteczną ekscytację jeszcze bardziej. Dlaczego? Bo były to moje pierwsze, Wegańskie Święta.

Cała afera zaczęła się więc w moim domu znacznie wcześniej, niż zwykle; standardowe, rutynowe już potrawy stanęły nagle pod znakiem zapytania: trzeba było znaleźć wegański odpowiednik i to jeszcze taki, by zadowolić jedzącą mięso Teściową, będącą przy okazji bardzo tradycyjną, śląską kobietą – a która postanowiła, że skoro dwa największe żarłoki w domu są wegankami, a nikogo więcej nie zapraszamy (poza Jej jedzącym kilogramy mięsa dziennie synem), to nie ma sensu gotować „rybnie”. Obowiązek związany z kuchnią spadł więc na nas.

   Wybór był w miarę szybki i bardzo klasyczny: soja w occie[przepis], soja po grecku[przepis] (kupujemy soję na kilogramy, mając więc jej dwa kilo w domu, bez sensu byłoby bawić się w tofu czy inne selery), pierogi z soczewicą[przepis], kapustą i grzybami[przepis], grzybowa[przepis], barszcz[przepis]… i, po śląsku: kapusta z grochem, ziemniaki i inne tradycyjne dania, jak Tradycyjna Polska  Sałatka Warzywna bez jajek, za to z domowym sojonezem[przepis]. Większość tych dań, zwłaszcza podrabiających rybne, robiłyśmy oczywiście po raz pierwszy – no bo jakby inaczej.

Soja po grecku była dobrą rozgrzewką; proste danie, szybkie, kilka składników, bez problemu. Już nie mówiąc o tym, że genialne i wprowadziłyśmy je na stałe do naszego Rutynowego Repertuaru Obiadowego. W zasadzie prawie wszystko poszło gładko; soja w occie kolejny pikuś, wszelkiego rodzaju zupy – mając gotową, sojową śmietanę – również nie były problemem. Schodki zaczęły się, gdy nadeszła pora aby porozmawiać o pierogach; temat podjęłyśmy około 21:00 i nie omieszkam wspomnieć, że o 05:00 następnego dnia, wstawałam do pracy. Z tego miejsca dziękuję tym, którzy wymyślili pracowanie w wigilię.

Cóż, nie należymy do mistrzyń robienia ciasta na pierogi; należymy raczej do grona ludzi, którzy dotychczas tylko je lepili, tajemnicę tworzenia pozostawiając swoim mamom. Przyszła jednak pora odciąć pępowinę, zakasać rękawy – i zaprzyjaźnić się z ubijaniem ciasta. Zresztą… Co może być w tym trudnego? Ano może. Kiedy uzna się, że w przepisie NA PEWNO jest za mało wody i postanowi się robić wszystko po swojemu, no bo przecież przepisy są głupie, a ich twórcy nie potrafią gotować. Logiczne, nie ma się z czym sprzeczać.

Wyobraźcie sobie mój dramat przy wałkowaniu ciasta, w którym było dwa razy więcej wody niż powinno, a mąka postanowiła się skończyć. Ciągnące się, klejące do wałka, podłoża, rąk, spodni, blatu, szafek, ścian, nawet głowy mojego beagle i łapek kotów, biegających szczęśliwie dookoła. Generalnie jedna wielka katastrofa. Ale poddawać się nie można, w końcu więc doszłyśmy do jakiegoś porozumienia z nieszczęsnym ciastem i udało się je pokonać, pomijając oczywiście fakt,  że od maszynki do wykrajania trzeba było je dosłownie odrywać.

Kiedy pierwsza partia – czyli te z soczewicą – miała już jako-taki kształt (przypominający bardziej zużytą skarpetkę, niż pieroga), dumne z siebie, wstawiłyśmy je – surowe, oczywiście – do lodówki, czym po kilku godzinach pochwaliłyśmy się Teściowej przez telefon. Szybko wyprowadziła nas z błędu, mówiąc, że nieugotowane oczywiście przykleją się do siebie i najpierw musimy je ugotować – szybko, ale jednocześnie o kilka godzin za późno. Tak, zamieniły się w jedną, wielką, pierogową kupę pełną soczewicy.  A po porozrywaniu i ugotowaniu, cały farsz wypłynął przez dziury, które w nich zrobiłyśmy, odczepiając jednego od drugiego.

Tym spodobem, podałyśmy na stół puste pierogi.

Na szczęście, te z kapustą robiłyśmy później, już po oświecającym telefonie; dzięki temu miałyśmy cokolwiek z farszem w środku, za to lepione i gotowane do drugiej w nocy. Jak wspominałam, o piątej wstawałam do pracy.

I wbrew pozorom, nie mamy szesnastu lat i nie zostałyśmy dopiero odklejone od cycka, a gotujemy same sobie od kilku dobrych lat.

 

Ostatecznie Wielka, Wegańska Wigilia okazała się sukcesem; Teściowa wychwalała nasze „sojowe ryby”, do pierogów podeszła z litościwym uśmiechem Gotującej Od Lat Matki, a cała reszta wyszła poprawnie, pomijając to, że zapomniałyśmy przygotować sałatkę. Jesteśmy chyba pierwszym polskim domem, w którym zabrakło sałatki warzywnej. Tak czy siak, lodówka w dalszym ciągu przepełniona jest wegańskim żarciem, a nasze domowe Wszystkojady jeszcze długo będą miały z tego powodu mięsny detox. Żyć, nie umierać.

 

  Zmierzam do tego, że w wegańskim świecie przeszkody nie istnieją – tworzymy je sobie sami. Gdy marudzimy, że rodzina nie rozumie naszych wyborów i na siłę wciska nam karpia do ust, zapominamy najwyraźniej o najważniejszej regule: przez żołądek do serca i rozumu. Nasza wspólna „mama” nie od zawsze była tak pozytywnie nastawiona do naszej kuchni; też przeszłyśmy przez etap braku zrozumienia, daremnych żartów i pytań: a może jednak? Uparcie jednak kupowałyśmy wegańskie sery, podkładałyśmy wegańską śmietanę do zup, zabierałyśmy Mamę na pokazy wege-kuchni, czym powoli wprowadziłyśmy ją do naszego codziennego życia. Dzięki temu większość dań w domu została zastąpiona „naszymi”, a my stałyśmy się codziennymi kucharkami.

I, uwierzcie mi na słowo, dawno nie czułam tak dziecięcej radości, jak tę, gdy zastanawiałam ten wigilijny stół naszymi, roślinnymi daniami, a rodzina z każdym jednym wpadała w coraz większy zachwyt. To prawdopodobnie najlepsza nagroda za wszystkie nerwy związane z Wegańskimi Początkami.

 

Będąc wciąż pełna świątecznej magii, życzę Wam wszystkim, by i Wasza droga związana z wytłumaczeniem swojej racji rodzinie, była równie smaczna – i jak najszybsza, a wszystkie kolejne edycje Świąt i wszystkich innych rodzinnych imprez, coraz bardziej roślinne. I, oczywiście, kilogramowych pokładów cierpliwości, coraz więcej empatii i świadomości, że to, co robicie, jest najlepsze na świecie.

Bo jak nie Wy, to kto?

 

 

X

Zapisz się do newslettera !

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 
Chrup, chrup. Uwielbiamy ciasteczka <3 na naszej stronie są używane pliki cookies :)