Loading

Wege Festiwal Silesia, czyli Jak Uszczęśliwić Mentalnego Grubasa

Dzień: niedziela, 20 listopada

Miejsce: Szyb Wilson, Katowice

 

Najszczęśliwszy dzień w życiu początkującej weganki? Takiej, która uwielbia jeść, a przede wszystkim jeść wtedy, gdy nie musi gotować i myć naczyń? To dzień, w którym niecałe piętnaście kilometrów od twojego miasta odbywa się Wege Festiwal. A dokładniej Wege Festiwal Silesia. Miejsce pełne ludzi takich jak ty, którzy rozumieją dramat związany ze słowem żelatyna, a ich poczucie humoru nie kończy się na – jakże przaśnym – BEKOOOOON! I, przede wszystkim, miejsce pełne jedzenia. Pięknego. Jakże bezmlecznego. Jedzenia. A dla tych mniej obżartych ode mnie: możliwość poznania nowych, nietestowanych kosmetyków, zakupienia kolejnej koszulki z napisem „Dzisiaj wege, jutro homo”, czy nawet ekologicznych, ręcznie robionych zabawek dla zwierząt.

Niestety, ja jestem jaka jestem. Najprościej rzecz ujmując – skupiłam się na żarciu. Zwłaszcza, że dzień ten uznałam za kolejną z idealnych okazji do przekabacenia swojej nie-wegetariańskiej teściowej do przejścia na Roślinną Stronę Mocy, w związku z czym nie omieszkałam – omieszkałyśmy, ja i partnerka, zabrać jej ze sobą. Jak to mówią – przez żołądek do serca.

Już na podwórzu Szybu Wilson efekt był piorunujący. Wegetariańskie Chorrizo. Wegańskie burgery wielkości głowy niemowlęcia. Czarne tortille grubości, która nie pozwala na utrzymanie ich w jednej dłoni. Setki ludzi, wielu z nich w towarzystwie swoich zwierząt, które bez problemu mogli wprowadzić do środka samego Szybu. A wśród nich prawdziwa gwiazda, jedyny i niepowtarzalny Pieseł. Dzieci, osoby starsze, studenci – totalny misz-masz, który okazuje się być naprawdę niesamowitą radochą, gdy na swojej wsi czujesz się jedyną weganką, wegetarianką w sumie również, w promieniu miliona kilometrów.

Po wejściu do środka, od razu popędziłam do miejsca, które interesowało mnie najbardziej: Niekończącej Się Degustacji. Tutaj to nawet teściowej zaświeciły się oczy i w brzuchu zaburczało, a ona aż taka pazerna jak ja to nie jest. No dobrze, tak to chyba nikt nie jest. W każdym razie, jeśli którakolwiek z nas liczyła na to, że po prostu spróbuje czegoś dobrego i zajmie się kwestiami kulturalnymi, które oferowała ta impreza, jak chociażby rozmowy z wolontariuszami Otwartych Klatek czy wystawa sztuki, to zdecydowanie się przeliczyła. W przypadku Teściowej – ucieszyło mnie to niezmiernie.

Bo już kilka minut po „zbadaniu terenu”, ustawiłyśmy się w niekończących się kolejkach do Szczęścia; ja z partnerką po wegańskie kebaby, oferowane na co dzień tylko i wyłącznie w Krakowie a będące naszym największym Żołądkowym Marzeniem, teściowa natomiast zdecydowała się na kuskus z granatem, szaszłykiem z seithanu i dodatkiem warzyw. W trakcie gdy my przesunęłyśmy się o jakieś trzy osoby, ona już dawno pochłonęła porcję, którą w warunkach domowych spokojnie podzieliłaby na nas wszystkie, i od razu doszła do tego cudownego wniosku: „Dziewczyny, wołowina to przy tym pikuś!”. Po czym poleciała w stronę wegańskiego rosołu. Kobieta, która jest rodowitą ślązaczką i zupa ta stanowi podstawę jej tradycyjnych obiadów. Na kurze, oczywiście.

Już po pierwszej łyżce postanowiła, że kurę zamieni na olej kokosowy i kilogramy włoszczyzny. Tak, podsłuchiwała przepis.

A słynny krakowski kebab? Jeśli nie mieliście jeszcze okazji go spróbować albo po prostu nie przepadacie za fast foodami – uwierzcie mi, to prawdziwy orgazm dla kubków smakowych. Tortilla posmarowana pastą z fistaszków. Pastą, która będzie śnić mi się po nocach, a ja nie znoszę orzechów. I nie spocznę dopóki nie odtworzę jej w domu. Z „mięchem” zrobionym z tofu w sposób tak wiarygodny, że kucharze odcinali je w ten specyficzny dla „prawdziwych” kebabów sposób. A smak – nieporównywalny do niczego. I o tym, że jest to tofu, dowiedziałam się z sieci, bo sama w życiu bym na to nie wpadła.

Porcje okazały się być tak zabójcze, że w ten oto magiczny sposób umarła nasza nadzieja na spróbowanie wszystkiego, co było dostępne. Choć ja, jako Żarłok Przodowy, nie omieszkałam skusić się dodatkowo na tradycyjne, syryjskie falafele, podawane z tahini i kiszoną rzepą. I przy tej nazwie muszę się zatrzymać.

  Wówczas było to dla mnie „dziwne, różowe coś”. Internet znowu okazał się niezawodny. Gdy jednak oczekiwałam na wydanie swojej porcji – ja osiemnasta, a wywołany numerek to sześć – usłyszałam przecudowny dialog dwóch starszych pań:

— A tutaj to co te Turki majo?  

— Fala… Fa… lafa… – tutaj pani zrezygnowała z próby odczytania słowa falafel z billboardu i przeniosła wzrok na stół, gdzie ustawione były produkty – a nie, tu nie idziemy, tu mają tylko różową cebulę.

Tak, różową cebulą była właśnie ta nieszczęsna, kiszona rzepa pokrojona w cieniutkie plastry, uśmiechająca się z miski swoim wściekłym różem.

Rożowa Cebula stała się dla mnie ikoną wszystkich Moich Teściowych, które pojawiły się na tym festiwalu. Osób, które nie jedzą roślinnie, ale mają do powiedzenia nieco więcej niż bekon. Tych jedzących ze smakiem i zastanawiających się nad tym, jak to, do jasnej anieli, jest zrobione? I po co mi kura w rosole, skoro takie dobre, i tłuste takie?!

  Bo to w końcu nie weganie i wegetarianie byli tu istotni, ale właśnie Oni; wszyscy Wy, którzy jeszcze nie podjęliście tego kroku, ale z jakiegoś powodu jesteście tutaj – na Evege czy na imprezach takich jak Wege Festiwal. Którzy uśmiechaliście się z aprobatą, zachwycaliście kuchnią, podpisywaliście petycje i zastanawialiście: a może by tak jednak…?”

Jestem naprawdę zachwycona zarówno samym festiwalem w kontekście świetnego wypadu dla wegetarian, jak i takim sposobem promowania naszej kuchni, naszego świata. Twórcom i wszystkim, którzy dla nas gotowali przybijam przeogromną piątkę (wiedzcie, że pisząc to, mój brzuch woła o pomstę do nieba i do mnie o rozsądek z powodu przeżarcia), dzięki waszemu rosołowi dziesiątki Teściowych postanowiły zmienić coś w swoim.

A wy wszyscy, którzy już podjęliście decyzję, ale obawiacie się pociągnąć za rękę mamę, tatę, babcię, wujka czy sąsiada – nie ma czego się bać.

 

Przecież wszyscy lubimy jeść.

 

 

X

Zapisz się do newslettera !

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 
Chrup, chrup. Uwielbiamy ciasteczka <3 na naszej stronie są używane pliki cookies :)